Stało
się. Linkin Park wydał nową płytę. Nie jest to żaden nu metal,
ani rock! W słuchawkach zabrzmiał pop. Tak, właśnie pop. Wzbudza
to oburzenie części fanów. Inni znów bronią nowego brzmienia.
Jak jest naprawdę? Czy to niefortunny ruch ze strony Mike'a Shinody
i spółki? A może jest dobrze?
Linkin Park i pop? Jak to brzmi?
Przychodzę
do domu. Uruchamiam Spotify i moim oczom ukazuje się wyczekiwane
"One More Light". Patrzę na okładkę płyty – całkiem
ładna, klimatyczna. Zerkam na długość. Trzydzieści pięć minut?
Tylko tyle nowej dawki Linkin Park po trzech i pół roku czekania?
No niech będzie, może przynajmniej będzie ona wysokiej jakości.
Z takim podejściem założyłem słuchawki na uszy i kliknąłem przycisk "play". Pierwszy utwór "Nobody Can Save Me"
rozpoczyna się lekkim brzmieniem elektronicznym i cenionym przeze
mnie głosem Chestera Benningtona. Gdzieś tam w tle pojawia się
perkusja, a utwór jest bardzo popowy. Myślę sobie –
całkiem spoko, sympatyczna piosenka na start. Wprowadziła mnie w pozytywny nastrój. Zaskakuje mnie jednak nowy styl zespołu. Następny
utwór to znane mi już przed premierą albumu "Good Godbye", gościnnie
z raperami Pusha T i Stromzy. Włącznie usłyszymy tutaj aż cztery
głosy – wspomnianych przed chwilą artystów oraz Mike'a Shinody i Chestera Benningtona. Ucieszyłem się słysząc rapującego Mike'a. Nie mogło zabraknąć jakości w jego raperskiej zajawce. Pozostali raperzy poradzili sobie nieźle, jednak nie porwali mnie mocno swoimi wstawkami. Jako całość piosenka raczej chwytliwa, ale czegoś brakuje. Pora teraz na "Talking to Myself".
Słyszymy tu gitarę elektryczną. Odniosłem wrażenie, że utwór jest czymś wahającym się pomiędzy popem, a rockiem. Jest bardziej dynamiczny niż dwie pierwsze piosenki. To jedynie przyzwoite brzmienie. Początek albumu nie
zachwyca, ale trudno jest mi napisać, że jest źle. Po prostu klimat zdaje się być zupełnie odmienny od tego, co zwykliśmy słyszeć do tej pory spod znaku Linkin Park.
Lekko, przyjemnie, ale nie powala
"Battle
Symphony" to chyba jeden z lepszych kawałków tego
albumu. Tekstowo mi się spodobał. Do tego dochodzi ciekawe
brzmienie. "Invisible" to również mój faworyt. Tekst na
plus, a śpiew Mike'a Shinody jest kojący dla moich uszu. Być może
piosenka nie jest mocno wyróżniająca się, mnie jednak bardzo
przypadła do gustu. Pora wspomnieć o "Heavy", gdzie
słyszymy poza Chesterem również piosenkarkę Kiiarę. Wypadła według mnie lepiej, niż sam wokalista Linkin
Park. Pierwsza wypuszczona do sieci piosenka promująca One More Light jest dla
mnie po prostu ok. To ona zapoczątkowała falę hejtu, która dawała się we znaki również mocno po premierze albumu. Siódmą już z kolei piosenką
jest "Sorry for Now". To kolejny sympatyczny utwór, który nie odstaje zbytnio od reszty.
Różna jakość pod koniec
"Halfway
Right" uważam za najlepszą piosenkę albumu pod względem
tekstu. Ma on sens, jest spójną historią poprowadzoną od początku
do końca. Muzykalnie jest również dobrze. Nie ma jednak szału.
Wyróżniająca się na tle pozostałych utworów jest tytułowa "One More Light". Powolne tempo, jednakie, powtarzane
dźwięki. Do tego głos Chestera, który stara się wprowadzić nas
w nastrój smutku, a może nawet zadumy. Piosenka jest o kruchości
życia. Mówi o tym jak niewidoczna jest śmierć osoby na tle
społeczeństwa. Podoba mi się ten zamysł. Czytałem opinie, iż
utwór ten jest po prostu nudny. Nie zgodzę się z tym. Jest
specyficzny, inny niż cała reszta albumu.
"One More Light" w moim odczuciu miał po prostu być odmienny, wzbudzający refleksję i smutek. Jeśli myśleliście, że
wcześniejsze piosenki nie brzmią jak Linkin Park to puśćcie sobie
"Sharp Edges". Kończący kawałek nie wyróżnia się
niczym konkretnym. Spokojnie mógłby znaleźć się w ramówce
pierwszej lepszej stacji radiowej jako średniak. Gdyby nie marka
Linkin Park sam nie wiem czy wracałbym do tego utworu kiedyś
jeszcze.
Czemu Chester nie krzyczy?
One More Light to pierwszy album w historii zespołu Linkin Park na którym ani razu nie usłyszymy słynnego krzyku Chestera Bennington'a. To zdecydowanie przełomowa rzecz i kolejne potwierdzenie tego, że najnowsze dzieło Mike'a Shinnody i spółki to coś zupełnie nowego. Czy to dobrze, czy źle? Chester prawdopodobnie będzie już tylko w gorszej formie jeśli chodzi o jego popisowe krzyki. Możliwe, że zespół wziął to pod uwagę i zdecydował się przez to nieco odciążyć struny głosowe wokalisty. Wydaje mi się jednak, że wciąż możemy liczyć na nowe utwory ze starym, może już nie tak świetnym, ale wciąż dobrym "screamem".
Kryzys czy chwilowa próba czegoś nowego?
Podsumowując,
Linkin Park eksperymentował z muzyką od samego początku i robi to
nadal. Inne pytanie to czy wciąż robi to dobrze? Trudno jest mi to
jednoznacznie stwierdzić. One More Light zdecydowanie mi się
podoba. Brakuje w nim jednak czegoś. Prawie wszystkie
piosenki są tu na podobnym poziomie. A poziom ten to nie
jest niestety klasa światowa. W nu metalu wymiatali. Rockowo byli bardzo dobrzy, nawet gdy łączyli rock z elektroniką. W popie muszą ustąpić miejsca lepszym. Czyżby Linkin Park
przeżywał lekki kryzys wieku średniego? Mam nadzieję, że stać
ich jeszcze na coś bardziej przełomowego, niż One More Light. I
nie jest to dla mnie zły album. Jest po prostu zwyczajnie przyzwoity.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz